/home/greyhouse/ftp/szara_www
Aktualności
Ajaaoeho. Marta Krześlak w Szarej Kamienicy! 2021-02-01

 

- Kim jesteście? - spytał Mały Książę.

- Kim jesteście... Kim jesteście... Kim jesteście... - powtórzyło echo.

- Bądźcie mymi przyjaciółmi, jestem samotny - powiedział.

- Jestem samotny... jestem samotny... jestem samotny... - odpowiedziało echo.

"Jakaż to zabawna planeta - pomyślał Mały Książę. - zupełnie sucha, spiczasta i słona, a ludziom brak fantazji”.

Antoine de Saint-Exupéry

 

Nie mogła mówić i – co  znaczące - nie mogła też przestać powtarzać. W tej greckiej tragedii tkwi pewien dysonans. Rodzaj poznawczego paradoksu. W tej historii egzystencjonalna niemożność przeplata się z narzuconą zewnątrz opresją. Jeszcze jednym przymusem. Ta opowieść jest, no właśnie, stara jak świat. 

To okrzyk albo zawołanie. Refren wpadającej w ucho piosenki albo rodzaj jodłowania. Zabawa, która pozwala sprawdzić akustykę przestrzeni i forma komunikacji między górami. To neoplemienny sygnał, który przedziera się przez dżunglę. W przód i w tył przestrzeni. Wzdłuż i wszerz starej i nowej czasowości. Jak robak który wygryza w ciele jabłka czasoprzestrzenny tunel. Przedziera się przez las i morze, wsiąka w falochron i ociera się o przydrożne słupy, odbija od gór i spada z klifów. Wraca. Głos przeobraża się. Zmienia się w abstrakcyjny pogłos. Trwa, ale trudno powiedzieć co. Dźwięczy w uszach. 

Zorza polarna, połyskujący deszcz rozedrganego pyłu, huragan zamknięty w szklanej kuli, orbita na patyku i zniszczona galaktyka. Monumentalne paprocie i mikroskopijne skrzypy z okresu dewonu. Przedmioty drgają, trzęsą się, unoszą na wyimaginowanym wietrze, znikają w tej zacierającej kontury obsesji. W vertigo niehierarchicznych punktów. Kopiują i powtarzają. Mamią i kuszą. Mchy są tak samo śliskie jak śmieci. Odbijają światło albo tylko łapią „zajączki”. Antena zbiera dźwięki mgły, trąba powietrzna wydaje metaliczne brzmienia, a osobliwa konstrukcja przywołuje nadciągające huragany. Przedstawienie trwa w najlepsze. Akcja dzieje się w kryształowym pałacu. Cieplarnianym ogrodzie w miniaturze. W nim też jak chce Sloterdijk rozpycha się przestrzeń – bo czasu już dawno nie ma - dla istot ekstatycznych, w których nieprzerwanie pracuje zewnętrze. To samo, które szklana powłoka przyciąga jak magnes i to samo, które na końcu przebije ten sufit. Jak palma, która wyrosła z za ciasnej oranżerii. Albo inaczej. Po prostu ją przerosła.

Żeby tam dotrzeć schodzisz po schodach po których długo nikt nie chodził. Przy każdym kroku wydają głuchy odgłos. Tracisz zasięg. Telefon nie odbiera sygnału. Zorze obserwowane podczas burz jonosferycznych zakłócają fale radiowe. Czujesz się trochę tak jakbyś wylądowała we wnętrzu ziemi. Jest zimno. Wieje wiatr. W powietrzu unosi zapach wilgoci. To, co rzuca się w oczy, to śnieg. To on brokaci na tle trawiącej niebo zorzy. Zielony jest tlen. Azot świeci na czerwono, a mieszanka ich obu na żółto. Te najlżejsze gazy, takie jak wodór albo tlen migoczą w odcieniach fioletu. Słyszysz szeleszczenie śniegu. A może to raczej szept. Opada miękko i wpełza pod podłogę. Wyobrażasz sobie, bo nie robisz kroku, jak skrzypi. Wiązki fal dźwiękowych odbijają się od bohaterów dramatu. Wodorosty świecą w ciemności. Wydzielają luceferynę, pigment, który podczas utleniania wytwarza światło. Toniesz w podwodnym świetle. Szklarnia staje się wielką zaspą. Śniegu jest coraz więcej i więcej. Niepostrzeżenie wszystko zaczyna wpełzać pod ciężką chmurę pyłu. Te same puszyste kryształki otulają Cię wirując w chocholim tańcu.

Wyciśniętej pasty nie można wcisnąć z powrotem. Kiedy się wreszcie wydostajesz na powierzchnię, albo to właśnie ten puch Cię na nią wypycha, wydaje Ci się, że to był tylko sen. Film, w którym siedząca na toalecie dziewczynka mówi: „Śniegu już nigdy nie będzie”. I historia, w której jak u Philipa K. Dicka, wyssana z palca rzeczywistość jest prawdziwsza niż wszystko to, co wydarza się poza nią. Istniejemy tak długo jak długo ta opowieść się pisze. Może dałabyś się przekonać, że to wszystko było tylko złożoną imitacją, snem na jawie, albo jeszcze lepiej fatamorganą, gdyby nie dźwięk. Brzmienie które wciąż się niesie i krzyk, który cały czas wraca. Grecka bohaterka nie mówi, ale za to cały czas powtarza. Podejmuje subwersywną grę, w której cytuje język w innej niż ta pierwotna wersji. Powtarza słowa tak długo aż ich znaczenie się zniekształca, gnie jak źdźbła trawy na wietrze. Zaciera i wypacza. Ten pogłos działa jak zaklęcie. Zostaje tylko: „Ajaaoeho!”.

Jeszcze przez kilka tygodni Twoje buty będą rozsiewać drobinki migotliwego brokatu. 

 

Ania Batko

Patronat medialny: