/home/greyhouse/ftp/szara_www
Aktualności
Przemek Branas znów w Szarej Kamienicy 2017-03-24

 

Przemysław Branas, Kawał ch**a

 

Rzeczywistość ma cyfrowe błędy

Przycina świat i robi ludziom te podwójne gęby

Śnieży, kwadraty, dziwne głosy koją nerwy

 

Sokół, Czarny HIFI, Latami

 

Idę po linii napięć, rozumie pan? Idę po linii podnieceń

 

Witold Gombrowicz, Pornografia

 

 

Pociągające, groźne, śmieszne. Ciała oglądane w epoce postprawdy. Należące do chłopców z Hitlerjugend, mężczyzny przebranego za kowboja, przypadkiem poznanych tajwańskich chłopaków. Przemek Branas wyławia je z tłumów na ulicach obcych miast i ze zbiorów ulicznych handlarzy starzyzną. Są pamiątkami z podróży i świadectwem prywatnej zbierackiej pasji, podszytej dwuznaczną fascynacją. Zostają wciągnięte w duszną, sennie wykoślawioną opowieść o rozkoszy i podskórnych obawach. Pachną potem i spermą, chowają się za maskami i kwaśnym oddechem. Zmieniają się w poszatkowane totemy i karykatury.

 

Znikają osobowości, pozostaje suma wrażeń, gestów, póz. Póz gdzieś już widzianych, które gubią swoją niewinność i luz, budzą podejrzenia. Przemek odrzuca strategię typowego artysty-spadochroniarza, który na kilka tygodni trafiając w obce miejsce próbuje przekonać samego siebie, że jest w stanie zgłębić jego charakter. Chłonie więc łapczywie powierzchnię, jak sroka wabiona błyskotkami. Daje się uwodzić obrazom, ekstrawaganckim, poznanym przelotnie postaciom i świadectwom nieznanych żyć, przehandlowanym za grosze na pchlich targach. 

 

Artysta podgląda je przez zasłonę czasu i kulturowego dystansu. W końcu sam pozwala się wciągnąć w niekończący się strumień powtórzeń. Na tajemniczym zdjęciu, zrobionym w Marsylii na przełomie lat 60. i 70., mężczyzna klęczy na ulicy wykonując trudny do zinterpretowania gest. Obok siebie ma kartonowe pudełko z nieznaną zawartością. Przemek zahacza się o ten wątły kawałek tektury. Podczas fragmentarycznych, antyspektakularnych, wykonywanych w kolejnych miastach Azji performansów tworzy szkatułkową, rwaną opowieść, bawi się w performatywny głuchy telefon. Zaciera granicę między działaniem a dokumentacją, narzuca swoje spojrzenie.

 

Obiekty, fotografie i działanie łączą się na wystawie w ciasnym uścisku. Jakby ktoś poprzetykał strony erotycznego pisemka kartkami z podręcznika do antropologii i wyrywkami z codziennej prasy. Składają się one w kronikę rozkoszy i podskórnych obaw.

 

Jeśli faktycznie jesteśmy wszyscy jedną wielką „rodzinę człowieczą”, to rodziną mocno patologiczną. Obserwujemy siebie nawzajem rozbieganym wzrokiem, przez dyskretnie wycięte dziury w gazecie lub książce, jak w starych detektywistycznych komediach, i przez glory hole. Pożądaniu towarzyszy nieufność. W końcu każdy z nas to kawał chuja.

 

tekst: Piotr Policht