/home/klient.dhosting.pl/greyhouse/szarakamienica.pl/public_html
Aktualności
Tomek Baran. Tiruriru 2026-03-10
Tomek Baran. Tiruriru
wernisaż: 13 marca (piątek), godz. 19.00
wystawa: 14 – 26 kwiecień
kuratorka: Ania Batko
Galeria Szara Kamienica
Po sztuce dla ludu tworzonej przez lud, po demagogii sztuki schlebiającej masom, czas na sztukę tworzoną przez jednostkę dla miej samej, sztukę niewdzięczną, częstokroć niezrozumiałą, szorstką, lecz czytelną dla jedynej publiki wartej zachodu: dla twórcy. Inni - jeśli zechcą - niech dołączą
[Roland Topor, Manifest autoszkoły]
Artysta, pisarz, malarz albo jak u Bressona kieszonkowiec. Buntownik, neurastenik, gorączkujący spacerowicz. Może zagubiony, może szukający natchnienia, topiący tu i tam smutki. Snujący się bez celu po mieście. Cierpiący, na bezsenność i ból istnienia. Przyglądający się przechodniom i cieniom, które chowają się za brudnymi firankami, studiujący sklepowe witryny, kolekcjonujący śmieci z takim samym zainteresowaniem, jak przelotne wrażenia. Znamy ten scenariusz. Widzieliśmy albo czytaliśmy już te historie o włóczących się po mieście, zaciągających papierosem i patrzących spode łba, flaneurach. Filmy, w których nie dzieje się kompletnie nic, a mimo to ma się wrażenie, że powietrze gęstnieje. Tak, że aż chce się je ciąć siekierą.
Na wystawie Tomek Baran pokazuje swoje najnowsze prace, malarstwo, które przypomina zestawione z sobą zdjęcia i migawki, strzępy, wyrwane rzeczywistości i jej bezrefleksyjnie reprodukowane kopie. Prenumerowana w latach 2000 gazetka ”Wielcy malarze”. Świecąca obroża dla psa. Etykieta taniego wina z popularnej sieci marketów z rysunkiem nagiego kolesia, słońca i konia. Kawałek ubitego dzbanka, który przypomina miniaturowe dildo dla lalek. Napis „la soup aux choux” na paryskim murze, który odsyła do filmu o kosmicie dla którego dwóch staruszków gotuje jego ulubiony kapuśniak. Zardzewiały talerzyk znaleziony na greckiej wsi, który zawieszony na ścianie staje się księżycem. Średniowieczny rysunek dwóch siłujących się koni, który mignął nam kiedyś na social mediach. Może też, jak pisał Roland Topor, rysunki na zaparowanych szybach, arabeski wysikiwane na śniegu, znaki z piany mydlanej na skórze, obierki z owoców i warzyw, poplamiony obrus, bazgroły w zeszycie, listy, formularze i wezwania. Farba odłażąca całymi płatami ze ściany i instalacje pod wiatą śmietników. Całe to „nic”, które obrasta w piórka, w znaczenia, interpretacje i lajki.
Tiruriru może znaczyć wszystko i może nie znaczyć nic. To onomatopeja, która koduje nonsens i absurd, coś co jest z założenia niepoważne, śmieszne i lekkie, ale też co działa zaskakująco odświeżająco. Jak gdyby ktoś spuścił powietrze z nabrzmiałego balonu albo inaczej: wpuścił powietrze do od dawna zamkniętego pokoju. W czasach kryzysów społecznych i politycznych malarstwo, a zwłaszcza takie, które opowiada samo o sobie i własnej bezradności jest właśnie czymś, co jawi się jako niepoważne, co łatwo daje się sprowadzić do abstrakcyjnej dekoracji nad kanapę, a co niepostrzeżenie obnaża pustkę ideowych manifestów.
W „Osiem i pół” Felliniego w jednej ze scen Guido, który jest tak naprawdę alter ego reżysera mówi: „Chciałem zrobić film prosty, uczciwy, bez żadnych komplikacji, film, który pozwoliłby pogrzebać te martwe rzeczy, które nosimy w sobie. Ale tak naprawdę ja nie mam odwagi niczego pogrzebać, mam zupełny mętlik w głowie, nie mam nic do powiedzenia. A mimo to chcę mówić”. I to właśnie jeden z tych momentów, w których ma się ochotę zagwizdać: „tiruriru”.